piątek, 16 maja 2008

Problemy z Cesarzem Kapuścińskiego


Wydawać by się mogło, że do tak podniosłego tematu należy podchodzić z ostrożnością. Z kilku względów.

Cesarz,
utwór opowiadający o Etiopii w czasach rewolucyjnych przemian, stał się swego rodzaju wyznacznikiem reportażu, który od tej pory odmienił swoje oblicze. Zmienił się bowiem w utwór wysokiej rangi. Dzięki tej książce, uznanej za tę, która rozpoczęła międzynarodową karierę Kapuścińskiego, reportaż przestał być opisem, relacją, którą może poznać każdy, stał się obrazem czegoś ponadto. Dlatego też przez wielu utwór ten porównywany jest rangą do Iliady Homera (!)

O tym, że Cesarz to reportaż (fakt - nietypowy) raczej nie ma co się spierać...Chyba, że ma się odmienne zdanie, które trudno w sposób pełny uzasadnić. Takie też przedstawił jeden z bardziej cenionych doktorów polskiego uniwersytetu na kierunku filologia polska (nazwiska nie podam z szacunku do Jego osoby). Doktor ten słynie ze swojego permanentnego obalania wszystkich uznanych autorytetów. Nic w tym złego. Wydaje się nawet dość optymistyczną oznaką krytycznego myślenia, a to się tylko chwali. Problem tej osoby polega na tym, że w wielu momentach wydaje się gubić w swoich teoriach. Samo obalanie autorytetów dla obalania to gra nie warta czasu i atłasu...

Jeden z przykładów teorii pana doktora dotyczy właśnie Cesarza. Utwór ten został uznany za antyreportaż. Zaraz po uprzednim stwierdzeniu, że Kapuściński był nędznym reportażystą.

Zdanie swoje można mieć, jednak wypowiadając je na forum, na zajęciach, należałoby je uzasadnić. Taką potrzebę odczuli studenci- prosząc o wyjaśnienie. Na początku na twarzy pana doktora pojawiła się niechęć. Jednak argumenty w końcu padły po wyraźnym proteście studentów.

Cesarz to nie jest reportaż, ponieważ nie został napisany przez osobę, która była świadkiem wydarzeń. Kapuściński opisał sylwetkę władcy po wysłuchaniu wspomnień ludzi pałacu. Mimo że autor nie kryje się z własną metodą dochodzenia do prawdy, wyraźnie przecież ją zaznacza, to uznany zostaje za osobę, która nie zna się na fachu. Pan doktor stwierdza, że reportaż to utwór napisany pod wpływem osobistych spostrzeżeń dziennikarza. Można napisać reportaż tylko wtedy, gdy się jest świadkiem danych wydarzeń. (Jak mało byłoby reportaży, gdyby właśnie tak było...Przecież właśnie o to chodzi, by autor danego tekstu dotarł do prawdy, by poznał prawdziwy scenariusz. Jasne, że dobrze gdy sam wziął w nich udział...Jednak nie zawsze ma takie szczęście.)

Pan doktor po wyrażeniu swojej opinii nie mógł znaleźć argumentów, gdy studenci przywołali mu jako przykład dziennikarzy śledczych, badanie sprawy oczami świadków (jeśli nie mamy możliwości poznać głównej osoby, w tym wypadku Cesarza).

W tym momencie pan doktor stwierdził, że w takim razie należałoby nadać utworowi inny tytuł. Skoro nie opowiada o Cesarzu jako takim (w znaczeniu - Kapuściński nie rozmawiał osobiście z Cesarzem) książka powinna nosić np. tytuł Dwór.

Po wyraźnym zaprotestowaniu, że przecież utwór mówi właśnie o Cesarzu, pan doktor zakończył dyskusję stwierdzeniem: "Ideałem byłoby, gdyby reportaż był pisany przez osobę - świadka wydarzeń. Inaczej to nie jest jasne, czy dany tekst jest reportażem".

Wywołana dyskusja była dość ciekawa. Jednak pozostawiła sprawę otwartą. Jedynym minusem jest fakt, że pan prowadzący (mający rzekomą wiedzę na ten temat) nie potrafił jasno określić swojego stanowiska i przekonać do swoich argumentów. A szkoda...

czwartek, 1 maja 2008

Język jako delikatny materiał

Pisać może każdy. Nie ma do tego żadnej wątpliwości. Jednak zarabiać w ten sposób mogą nieliczni. Pominę inne nieważne w kontekście tytułu zagadnienia i skupię się na najważniejszym w tym momencie, na podejściu do własnego warsztatu. Język jest bardzo delikatnym materiałem. Takim, który lubi zaskakiwać, przynosić niespodzianki...

Dość znana jest prawda, że gdy jesteśmy czegoś zbyt pewni, często popełniamy błędy. Prawda ta jest wyjątkowo aktualna zwłaszcza w tym temacie. Gdy nauczymy się pisać w jakiś sposób, przyzwyczaimy się do popełnianego błędu, tylko zbieg okoliczności, czyjaś uwaga, zmusi nas do zweryfikowania swojego sposobu konstruowania myśli. Na przykład, gdy ktoś przyzwyczaił się, że na pewno pisze się "napewno" będzie tak robił. Jego błąd będzie dla niego niezauważalny. Oczywiście, podałam przykład skrajny, taki, który od razu rzuca się w oczy. Jednak język polski pokazuje wiele niejednoznaczności. Kolejne przykłady? Proszę bardzo.

Jeżeli określamy nasze położenie, mając na uwagę osiedle mówimy "na": na przykład na Wyżynach, na Pradze (Praga, dzielnica Warszawy), na Kazimierzu (dzielnica Krakowa), jednak już w Fordonie (dzielnica Bydgoszczy). Ostatni przykład wynika chyba stąd, że Fordon był niegdyś miastem, a swoją lokalizację w mieście określamy raczej jako "w". Jednak ta uwaga jest nie do końca słuszna, bo na przykład Krakowski Kazimierz niegdyś też stanowił osobne miasto. Mówiąc o miastach, mówimy: w Pradze, w Kazimierzu....

Niejasności może pojawić się więcej: mówimy: studiuję na uniwersytecie, czy w uniwerystecie? Dzisiaj poprawna jest tylko ta pierwsza wersja, druga jest dopuszczalna, bo tak mówi starsze pokolenie, przyzwyczajone do innej normy. Sformułowanie "studiuj w UTP" jest hasłem zachęcającym na bilbordach wybranie właśnie tej bydgoskiej uczelni.

Ostatnio w Milionerach pojawiło się pytanie za 500 zł. Pytanie dotyczyło związków frazeologicznych. Wydawałoby się, że tak niski poziom, pierwsze pytanie w grze, nie powinien przysporzyć problemu, powinien być łatwy, nic bardziej mylnego. Pytanie brzmiało miej więcej tak- gdy się boimy, przeżywamy strach gdzie biegnie nasza dusza? Odpowiedzi brzmiały: w pięty, w łokcie, w kolana....Poprawna odpowiedź to pięty. Jednak wybór związku frazeologicznego był tak nietrafny, że nawet studenci polonistyki mieli problem z udzieleniem na poczekaniu poprawnej odpowiedzi. Konieczne było zasięgnięcie odpowiedzi w słowniku.

Innym bardzo nieudanym przykładem pytania w Milionerach było pytanie o końcówki w dopełniaczu liczby pojedynczej. Chodziło o wybór poprawnej -a lub -u, dokładniej o odpowiedź na pytanie, które słowo dopuszcza tylko jedną końcówkę. I to nie był zbyt dobry wybór pytania. Bowiem w zależności od słownika odpowiedzi brzmią różnie. Osoba, która trafiła na to pytanie może mieć pretensje, bo wydaje się ono źle skonstruowane. Mówiąc najdelikatniej, może wprowadzać błąd i uniemożliwiać poprawną odpowiedź na nie.

Pytanie było złe. Jedna z odpowiedzi, która uznana była za poprawną (bo dopuszczalne było według twórców pytania użycie dwóch końcówek, -u i -a) według słownika Bańki byłaby niepoprawna. Chodzi o słowo "fotel". Fotela? Czy fotelu? Bańko dopuszcza tylko fotelu, z kolei Markowski (Nowy Słownik Poprawnej Polszczyzny, PWN) umieszcza w tym haśle tylko jedną formę "fotela". Także biorąc pod uwagę nasze rozumowanie, należałoby zaznaczyć tę odpowiedź, bo według dwóch słowników dopuszczalna jest jedna poprawna forma (nieważne, że formy te są różne w dwóch słownikach, w każdym za poprawną uznawana jest jedna). Jednak to nie była poprawna odpowiedź w programie Milionerzy.

Jaki wniosek? W języku nic nie jest takie proste, na jakie może wyglądać.