środa, 31 grudnia 2008

Czemu w Polsce nie sprawdził się Bookcrossing?


Akcja znana w Polsce głównie pod tytułem, a właściwie hasłem - Uwolnij książkę nie może pochwalić się zbyt dużą ilością sukcesów. Niby strona internetowa istnieje, niby ma się dobrze, ale poza tym niewiele się dzieje. Teoretycznie można zarejestrować książkę na stronie, wypuścić ją w obieg, a potem rejestrować, obserować jej drogę. Czasami można, przy dużej ilości szczęścia liczyć na to, że dana książka trafi w wiele miejsc na ziemi. Jednak trzeba liczyć się również z tym, że bardzo szybko zostanie po prostu...przywłaszczona.

Polacy, których może i świadomość literacka wzrasta, może i niektórzy z nas potrafią odróżnić lekką literaturę od prawdziwych dzieł sztuki, to jednak trafienie na ławce na wytartą, czasami zniszczoną książkę (nawet nie przez namiętne czytanie, ale "nieczytanie") zazwyczaj łączy się z wysnuciem wniosku, że ktoś ją zgubił. Rozglądamy się naokoło, szukamy właściciela. Bywa, że odchodzimy zdezorientowani. Niektórzy jednak, niestety jest ich bardzo wielu, niszczą znalezioną książkę. Inni na zasadzie - znalezione, niekradzione, zabierają ją ze sobą do domu.

Co innego za granicą. Tam kupimy tak zwaną książkę pociągową. Jej cena jest jeszcze niższa niż kwoty, jakie trzeba przeznaczyć na zakup książki w "taniej książce" (a propos twór typowy dla Polski). Są to bardzo proste formy "literackie", tak też potraktowane przez wydawców. Drukuje się je w małym formacie, by zmieściły się do kieszeni, na jednym z najgorszych papierów, w miękkich okładkach. Nikogo nie dziwi dlatego, fakt że od razu po przeczytaniu lądują do śmietnika. Co innego książki z wolnego obiegu. One rzeczywiście krążą po całym kraju, a nawet docierają poza jego obszar. Najgorzej, dla książki, rzecz jasna, kiedy trafi ona do Polski...

poniedziałek, 29 grudnia 2008

Tylko dla siebie...do poczytania


Książki są jak ludzie. Jedne są bezinteresowne i zawsze blisko Ciebie, gdy ich tylko potrzebujesz. Jedne gdy natrafiasz na nie na swojej drodze, zapadają Ci głęboko w pamięć i na zawsze odmieniają Twoje życie. Inne Cię irytują, nudzą, czy wręcz przynoszą krótkotrwałą rozrywkę. Jeszcze inne gdy raz do nich zajrzysz, nagle wywracają Twój świat.Twoje poczucie estetycznego piękna i życiowej mądrości oraz oryginalności odkrycia na tyle się zmienia, że trudno drugi egzemplarz równie dobrej (książki)...Bywają też książki, które zwyczajnie do nas nie pasują, na których odbiór nie jesteśmy jeszcze gotowi.

Gdy czyta się bardzo dużo, trudno o coś dobrego. Bardzo ciężko znaleźć coś, co można bez żadnego "ale" polecić. Niezwykle skomplikowane staje się także zwykłe powiedzenie, że to "powinien przeczytać każdy". Dlatego nie napiszę tego. Powiem tyle, że jeśli chcesz chwilę postoju w swoim życiu, krótkiego, ale intensywnego zastanowienia i wiele refleksji, polecam książkę Rubena Gallego Na brzegu. W końcu każdy z nas jest kiedyś na swoim własnym, stromym i wydawać by się mogło bez nadziei, brzegu...



Jest to opowieść wstrząsająca, porusza ona bowiem dwa, zdawałoby się, że skrajne i bardzo wyeksploatowane literacko tematy - starość i młodość.

Czy dziecko można uczynić starcem? Można.

Psychika może bardzo wiele. Przystosowuje się bowiem do różnych sytuacji, nawet do permanentnego cierpienia, które w końcu obleka się w cyniczne maski. Dwójka przyjaciół - Ruben i Misza pokazują z każdej karty książki, czym jest naprawdę przyjaźń. To doskonała lektura dla tych, którzy z jakiś powodów już w nią nie wierzą. To także historia wiecznej nadziei, która nam pomaga nawet wtedy, kiedy wydawać by się mogło, że mydli nam oczy. Nawet wtedy, kiedy jesteśmy przestraszonymi, sparaliżowanymi chłopcami w domu starców.

Życie w cieniu śmierci ma coś z przedstawienia, dramatu, ironicznej farsy. Nic dziwnego, że ta autobiograficzna opowieść przyjmuje formę trzech aktów sztuki.

Na brzegu to druga powieść urodzonego w Moskwie Gallego. Pierwszą była powieść Białe na czarnym, która bardzo szybko zyskała uznanie. Nie tylko czytelników, ale także krytyków.

czwartek, 23 października 2008

O prawie autorskim




Decydując się na zarabianie, poprzez pisanie musimy zdać sobie sprawę z jednej kwestii. Musimy poznać specyfikę tego zajęcia także z punktu widzenia prawa. Zapis dotykający tego problemu znajdziemy w Dz.U. z 2006 roku, Nr 90, poz. 631 z późn. zm. Zagadnienie to zostało w ustawie z dnia 4 lutego 1994 roku "O prawie autorskim i prawach pokrewnych".

Prawo autorskie określa stosunek twórców i wydawców do danego dzieła, ze szczególnym uwzględnieniem ich możliwości z jego korzystania oraz zasad odwołania się do niego. Określa ono również na ile ktoś może korzystać z danego dzieła. Jak może być ono podejmowanie, wykorzystywane.

Nie jest ono na tyle jednoznaczne jednak, by nie wprowadzało trochę niejasności. Zaczynając od takich kwestii, jak uprawnienie do korzystania z 50% kosztów uzyskania przychodu (jakie dokładnie dzieło może być w ten sposób opodatkowane. Czy w pełni odkrywcze, niecodzienne? Czy również artykuły w gazecie? W Internecie? Przecież te drugie nie wnoszą jakiś nowych praw, nie przecierają raczej nowych ścieżek... Opinie na ten temat są podzielone. Wzbudzają takie kontrowersje, że niektóre wyjaśniane są nawet w sądzie.), a kończąc na tym, kiedy możemy mówić, że coś jest plagiatem, w jakim stopniu można korzystać z dzieł innych osób, kiedy zaczynamy uważać coś za "kopię", czy mocniej mówiąc - kradzież.



Trudno wymagać szybkiej odpowiedzi na te wszystkie pytania. Tym bardziej, że zagadnienia te wzbudzają tyle kontrowersji...

W Polsce jest bardzo niewielu prawników, którzy się specjalizują w tej kwestii. Jest kilka witryn temu zagadnieniu poświęconych, jednak nie są one w pełni darmowe i dostępne dla wszystkich. Jednak różne kwestie można w różny sposób interpretować. I tak zaczynają się schody...Już w tym momencie nie jest wszystko jasne.

Kolejna sprawa to kwestia odpowiedniego zredagowania umów. Trzeba także mieć to na uwadze. Nie jest bowiem proste podpisać taką umowę, która będzie dla danego twórcy korzystna.

Postanowiłam sobie za ambicję rozpatrzenie tego tematu. Na ile mi się uda, odpowiedzieć na pytania związane z prawem autorskim, będę starała się to robić. Uważam bowiem, że jest to temat niezwykle istotny i ciągle zbyt mało poznany.



Zdjęcia zaczerpnięte ze stron: www.sicienko-radca.pl oraz www.umowaodzielo.pl

środa, 10 września 2008

Deficyt copywriterów

W Internecie jest deficyt usługodawców, którzy zajmują się pisaniem tekstów na zmówienie. Nie zgadzacie się? Myślicie, że to niemożliwe? A jednak...Mam na myśli jednak osoby, które do swojego zadania podchodzą w sposób odpowiedzialny i "zdrowy". Takie, które nie przedstawiają nazbyt wygórowanych cen i długich terminów oczekiwania na skończone dzieło. Są słowne, kreatywne i po prostu uczciwe w tym, co robią.

Jest gro osób, które nazywają się copywriterami, a jednak nie mają pracy. Szukają zleceniodawców. Czasem naprawdę agresywnie. Ale jak wierzyć takim osobom? Jak ufać im umiejętnościom, jeśli nie potrafią one wykazać się w podstawowej rzeczy - nie potrafią sprzedać siebie??

Nie sprzedamy niczego, jeśli nie nauczymy się przekonywać innych do siebie i własnej działalności.


Nie można być copywriterem i nie umieć wykazywać atutów. Najprostsze powinno być wskazywanie zalet własnej osoby. W końcu siebie najlepiej znamy.
Dlatego jeśli copywriter nie ma zbyt wiele pracy, rzadko można mówić o jego talencie. Nie można też wierzyć nazbyt w częste tłumaczenie, że pracy po prostu nie ma. To nieprawda. Praca jest, ale jak to zwykle bywa - dla najlepszych!

Pisanie tekstów na zamówienie to bowiem działalność dość specyficzna. Na tym blogu już próbowałam opisać to zajęcie. Jest wiele osób, które starają się zacząć pracę w tym zawodzie, jednak nie odnoszą sukcesów. Wbrew pozorom trzeba mieć bowiem dość mocno i specyficznie ukształtowaną świadomość i warsztat twórczy.

Dlatego też tak trudno znaleźć osobę, która dla nas napisze teksty reklamowe.

W kolejnych postach postaram się dokładniej wyjaśnić, czemu tak się dzieje.

wtorek, 29 lipca 2008

Nieśmiałość - wróg redaktora?



Nieśmiałość w zawodzie dziennikarza utrudnia życie. Właściwie może wszystko zepsuć.

Silne emocje przed wejściem na żywo przeważnie prowadzą do totalnej katastrofy.

Nerwy muszą być bowiem na wodzy. Trzeba nauczyć się nad nimi panować, znać granicę swojej własnej wytrzymałości.

Tak mówi praktyka i teoria zarazem. Jednak nie każdy rodzi się z silnym charakterem. Niektórzy muszą wiele pracować, by w końcu być w stanie przełamać własną nieśmiałość.

Podobnie było w przypadku wielu dziennikarzy. Zanim trafili na szklany ekran w godzinach najwyższej oglądalności, często przez wiele lat nie potrafili zabrać głosu przed większą liczbą osób. Bardzo bali się ośmieszenia, popełnienia gafy...

Wielu redaktorów, mimo wykonywanego zawodu, to w gruncie rzeczy szare myszki, osoby nieśmiałe i bywa, że nie pewne swojej wartości.

Co więc się stało, że pewnego dnia wszystko się zmieniło? Jaka sytuacja zmusiła ich do stawienia czoła własnym słabościom? Dlaczego wybrali to, czego najbardziej się bali? Wpływ na to miał najczęściej kryzys. Kryzys, który potem przekuwa się we własny sukces.

Stało się coś takiego, co uświadomiło małość własnych obaw. Zrozumieli, że powiedzenie czegoś głupiego, nie jest znowu aż tak przerażające. Gafa? Nic strasznego, ważne, żeby umieć się z siebie śmiać i wyciągać wnioski.

W końcu zrozumieli, że to, wbrew pozorom, my najbardziej rozpamiętujemy nasze potknięcia, porażki...Osoby z zewnątrz szybko zapominają. Powód jest prosty - myślą o własnych niepowodzeniach.

Szybko można sobie uświadomić bezsens swoich dążeń. a właściwie stania w miejscu. Zadręczanie się rozmyślanie, rozdrabnianie, które do niczego nie prowadzą. Jasne się staje, że lepiej po prostu działać. Wziąć się w garść i najzwyczajniej w świecie iść na przód!

Profesjonalista to bowiem człowiek, który popełnił wszystkie możliwe błędy. Zdanie nie wypowiedziane przeze mnie po raz pierwszy, zaczerpnięte od bardzo mądrej osoby, mówi wiele. Właściwie mówi wszystko. Dlatego warto sobie je zapamiętać.

Żaden zawód nie jest aż tak straszny, by nasze marzenia o nim stały się mrzonkami. Żaden zawód nie jest tak trudny, by strach stał się jego wrogiem.

Takich umiejętności, jak wypowiedź na forum, umiejętność sprawnego przemawiania, zabawiania, opowiadania kawałów, czy w końcu wystąpienia przed kamerą, można się nauczyć. To kwestia doświadczenia, obycia oraz chęci...Gdy mamy to ostatnie, reszta jest na wyciągnięcie ręki.

piątek, 4 lipca 2008

Jak pisać, gdy się nie ma na to ochoty?

Odpowiedź na pytanie w tytule jest prosta - nie pisać. Pisanie w momencie, gdy się do tego zmuszamy, nie jest odpowiednim momentem. Zwłaszcza wtedy, gdy chcemy przekazać za pomocą słów coś ważnego i zrobić to w niekonwencjonalny sposób. W tym wypadku potrzebne jest tak zwane natchnienie. Przychodzi ono wtedy, kiedy koniecznie chcemy się czymś podzielić, kiedy nas coś wzburzyło, zasmuciło, gdy targają nami emocje. Czasami przychodzi niespodziewanie. W nocy, w podróży. Warto być na to przygotowanym.

Są jednak osoby, które potrafią stanąć wyżej, ponad wszystkie przeciwności. Tacy ludzie czerpią przyjemność z pisania, z przelewania ważnych informacji na papier. Daje im to możliwość swego rodzaju nieśmiertelności. Aż trudno uwierzyć, jak mało się zmieniło od czasów przed naszą erą. Jak mało różni nas od autora słów - "Zbudowałem sobie pomnik twardszy od spiżu". Takie horacjańskie przeświadczenie może być wyjątkowo bliskie nam, zwłaszcza wtedy, kiedy staramy się pisać ambitnie. Na takie tworzenie trzeba mieć czas i do niego nie warto się zmuszać. Gdy nam danego dnia nie wychodzi, wyjdźmy z domu, przewietrzmy umysł. Jednak warto znać na tyle siebie, by wiedzieć, kiedy naprawdę potrzebujemy odpoczynku, a kiedy wystarczy nam mała wewnętrzna mobilizacja.

Jedno jest pewne. Nie każdy może żyć z pisania. Nie chodzi nawet o sam "talent". Chodzi o codzienną walkę z sobą.

Każdy twórca powie, że sama koncepcja tworzenia czy to utworu muzycznego, czy reklamy, czy opowiadania jest przyjemna i przynosi nam najwięcej satysfakcji. Jednak przelanie jej na papier i utrwalenie przypomina często pracę w kamieniołomach.

Nagroda jednak przychodzi niemal zawsze. Bywa, że całkiem niespodziewanie. Niemal zawsze trzeba na nią poczekać, ale cierpliwość popłaca i w tym przypadku... Nawet jeśli skala nagrody jest raczej niższa niż wyższa, najważniejsze to swego rodzaju poczucie spełnienia.

Najważniejsze to powiedzieć sobie, że warto było... Robienie bowiem tego, co się lubi, jest jednym z największych wykładników szczęścia w naszym życiu.

piątek, 16 maja 2008

Problemy z Cesarzem Kapuścińskiego


Wydawać by się mogło, że do tak podniosłego tematu należy podchodzić z ostrożnością. Z kilku względów.

Cesarz,
utwór opowiadający o Etiopii w czasach rewolucyjnych przemian, stał się swego rodzaju wyznacznikiem reportażu, który od tej pory odmienił swoje oblicze. Zmienił się bowiem w utwór wysokiej rangi. Dzięki tej książce, uznanej za tę, która rozpoczęła międzynarodową karierę Kapuścińskiego, reportaż przestał być opisem, relacją, którą może poznać każdy, stał się obrazem czegoś ponadto. Dlatego też przez wielu utwór ten porównywany jest rangą do Iliady Homera (!)

O tym, że Cesarz to reportaż (fakt - nietypowy) raczej nie ma co się spierać...Chyba, że ma się odmienne zdanie, które trudno w sposób pełny uzasadnić. Takie też przedstawił jeden z bardziej cenionych doktorów polskiego uniwersytetu na kierunku filologia polska (nazwiska nie podam z szacunku do Jego osoby). Doktor ten słynie ze swojego permanentnego obalania wszystkich uznanych autorytetów. Nic w tym złego. Wydaje się nawet dość optymistyczną oznaką krytycznego myślenia, a to się tylko chwali. Problem tej osoby polega na tym, że w wielu momentach wydaje się gubić w swoich teoriach. Samo obalanie autorytetów dla obalania to gra nie warta czasu i atłasu...

Jeden z przykładów teorii pana doktora dotyczy właśnie Cesarza. Utwór ten został uznany za antyreportaż. Zaraz po uprzednim stwierdzeniu, że Kapuściński był nędznym reportażystą.

Zdanie swoje można mieć, jednak wypowiadając je na forum, na zajęciach, należałoby je uzasadnić. Taką potrzebę odczuli studenci- prosząc o wyjaśnienie. Na początku na twarzy pana doktora pojawiła się niechęć. Jednak argumenty w końcu padły po wyraźnym proteście studentów.

Cesarz to nie jest reportaż, ponieważ nie został napisany przez osobę, która była świadkiem wydarzeń. Kapuściński opisał sylwetkę władcy po wysłuchaniu wspomnień ludzi pałacu. Mimo że autor nie kryje się z własną metodą dochodzenia do prawdy, wyraźnie przecież ją zaznacza, to uznany zostaje za osobę, która nie zna się na fachu. Pan doktor stwierdza, że reportaż to utwór napisany pod wpływem osobistych spostrzeżeń dziennikarza. Można napisać reportaż tylko wtedy, gdy się jest świadkiem danych wydarzeń. (Jak mało byłoby reportaży, gdyby właśnie tak było...Przecież właśnie o to chodzi, by autor danego tekstu dotarł do prawdy, by poznał prawdziwy scenariusz. Jasne, że dobrze gdy sam wziął w nich udział...Jednak nie zawsze ma takie szczęście.)

Pan doktor po wyrażeniu swojej opinii nie mógł znaleźć argumentów, gdy studenci przywołali mu jako przykład dziennikarzy śledczych, badanie sprawy oczami świadków (jeśli nie mamy możliwości poznać głównej osoby, w tym wypadku Cesarza).

W tym momencie pan doktor stwierdził, że w takim razie należałoby nadać utworowi inny tytuł. Skoro nie opowiada o Cesarzu jako takim (w znaczeniu - Kapuściński nie rozmawiał osobiście z Cesarzem) książka powinna nosić np. tytuł Dwór.

Po wyraźnym zaprotestowaniu, że przecież utwór mówi właśnie o Cesarzu, pan doktor zakończył dyskusję stwierdzeniem: "Ideałem byłoby, gdyby reportaż był pisany przez osobę - świadka wydarzeń. Inaczej to nie jest jasne, czy dany tekst jest reportażem".

Wywołana dyskusja była dość ciekawa. Jednak pozostawiła sprawę otwartą. Jedynym minusem jest fakt, że pan prowadzący (mający rzekomą wiedzę na ten temat) nie potrafił jasno określić swojego stanowiska i przekonać do swoich argumentów. A szkoda...

czwartek, 1 maja 2008

Język jako delikatny materiał

Pisać może każdy. Nie ma do tego żadnej wątpliwości. Jednak zarabiać w ten sposób mogą nieliczni. Pominę inne nieważne w kontekście tytułu zagadnienia i skupię się na najważniejszym w tym momencie, na podejściu do własnego warsztatu. Język jest bardzo delikatnym materiałem. Takim, który lubi zaskakiwać, przynosić niespodzianki...

Dość znana jest prawda, że gdy jesteśmy czegoś zbyt pewni, często popełniamy błędy. Prawda ta jest wyjątkowo aktualna zwłaszcza w tym temacie. Gdy nauczymy się pisać w jakiś sposób, przyzwyczaimy się do popełnianego błędu, tylko zbieg okoliczności, czyjaś uwaga, zmusi nas do zweryfikowania swojego sposobu konstruowania myśli. Na przykład, gdy ktoś przyzwyczaił się, że na pewno pisze się "napewno" będzie tak robił. Jego błąd będzie dla niego niezauważalny. Oczywiście, podałam przykład skrajny, taki, który od razu rzuca się w oczy. Jednak język polski pokazuje wiele niejednoznaczności. Kolejne przykłady? Proszę bardzo.

Jeżeli określamy nasze położenie, mając na uwagę osiedle mówimy "na": na przykład na Wyżynach, na Pradze (Praga, dzielnica Warszawy), na Kazimierzu (dzielnica Krakowa), jednak już w Fordonie (dzielnica Bydgoszczy). Ostatni przykład wynika chyba stąd, że Fordon był niegdyś miastem, a swoją lokalizację w mieście określamy raczej jako "w". Jednak ta uwaga jest nie do końca słuszna, bo na przykład Krakowski Kazimierz niegdyś też stanowił osobne miasto. Mówiąc o miastach, mówimy: w Pradze, w Kazimierzu....

Niejasności może pojawić się więcej: mówimy: studiuję na uniwersytecie, czy w uniwerystecie? Dzisiaj poprawna jest tylko ta pierwsza wersja, druga jest dopuszczalna, bo tak mówi starsze pokolenie, przyzwyczajone do innej normy. Sformułowanie "studiuj w UTP" jest hasłem zachęcającym na bilbordach wybranie właśnie tej bydgoskiej uczelni.

Ostatnio w Milionerach pojawiło się pytanie za 500 zł. Pytanie dotyczyło związków frazeologicznych. Wydawałoby się, że tak niski poziom, pierwsze pytanie w grze, nie powinien przysporzyć problemu, powinien być łatwy, nic bardziej mylnego. Pytanie brzmiało miej więcej tak- gdy się boimy, przeżywamy strach gdzie biegnie nasza dusza? Odpowiedzi brzmiały: w pięty, w łokcie, w kolana....Poprawna odpowiedź to pięty. Jednak wybór związku frazeologicznego był tak nietrafny, że nawet studenci polonistyki mieli problem z udzieleniem na poczekaniu poprawnej odpowiedzi. Konieczne było zasięgnięcie odpowiedzi w słowniku.

Innym bardzo nieudanym przykładem pytania w Milionerach było pytanie o końcówki w dopełniaczu liczby pojedynczej. Chodziło o wybór poprawnej -a lub -u, dokładniej o odpowiedź na pytanie, które słowo dopuszcza tylko jedną końcówkę. I to nie był zbyt dobry wybór pytania. Bowiem w zależności od słownika odpowiedzi brzmią różnie. Osoba, która trafiła na to pytanie może mieć pretensje, bo wydaje się ono źle skonstruowane. Mówiąc najdelikatniej, może wprowadzać błąd i uniemożliwiać poprawną odpowiedź na nie.

Pytanie było złe. Jedna z odpowiedzi, która uznana była za poprawną (bo dopuszczalne było według twórców pytania użycie dwóch końcówek, -u i -a) według słownika Bańki byłaby niepoprawna. Chodzi o słowo "fotel". Fotela? Czy fotelu? Bańko dopuszcza tylko fotelu, z kolei Markowski (Nowy Słownik Poprawnej Polszczyzny, PWN) umieszcza w tym haśle tylko jedną formę "fotela". Także biorąc pod uwagę nasze rozumowanie, należałoby zaznaczyć tę odpowiedź, bo według dwóch słowników dopuszczalna jest jedna poprawna forma (nieważne, że formy te są różne w dwóch słownikach, w każdym za poprawną uznawana jest jedna). Jednak to nie była poprawna odpowiedź w programie Milionerzy.

Jaki wniosek? W języku nic nie jest takie proste, na jakie może wyglądać.

piątek, 18 kwietnia 2008

SEO copywriting

SEO Copywriting to takie pisanie, które w pewien określony sposób zyskuje uwagę czytelnika. Skupia ją w kleszczach i nie pozwala się uwolnić. Jednak zazwyczaj nie robi tego w naturalny, typowy sposób: poprzez ciekawość, interesujące ujęcie niesionych treści, ale niestety poprzez pozycje w wyszukiwarce GOOGLE. Tym samym trafiamy na stronę, która jest widoczna, a nie na tą, która jest dobra. Jedno z drugim nie musi się oczywiście kłócić...Co nie znaczy, że nie mamy patrzeć na sprawę obiektywnie i sprawiedliwie.

Prawda jest taka, że większość dostępnych treści na najlepszych pozycjach w GOOGLE wcale nie jest najlepsza pod względem merytorycznym. Z drugiej strony treści bardzo ciekawe poprzez złe ujęcie, mogą nigdy nie doczekać się godnego dla siebie zainteresowania.

Jaki z tego wniosek? Oczywisty i bardzo prosty. Trzeba znaleźć złoty środek.
Wiele już napisano o tym, jak ważna jest dobra pozycja w wyszukiwarkach, jak bardzo jest w stanie zwiększyć nam ruch na stronie, a tym samym jej zyski. Wszystko dzięki SEO copywriting.

Copywriter, który zajmuje się pisaniem tego typu tekstów wie, na ile konkretny artykuł powinien być ciekawy, a na ile odpowiednio skonstruowany. Optymistycznym akcentem w tym wszystkim jest to, że na szczęście to drugie ma coraz mniejsze znaczenie. Jednak chyba nigdy nie odejdzie w cień. Tak jak wydaje się, że nie zginie SEO Copywriting.

czwartek, 27 marca 2008

O blogu

Pisanie bloga stało się w Internecie niemal koniecznością. Blog jest bowiem jedną z form kontaktu z czytelnikiem, z klientem, z osobą zainteresowaną tematem, o którym właśnie my mamy dużo do powiedzenia. W ten sposób blog stał się swego rodzaju manifestem, pamiętnikiem. Zbiorem myśli, wynurzeń i przemyśleń, dostępnym wszystkim.

Można zauważyć dwa nurty blogów. Jeden bardzo rwący i różnorodny w swoim biegu to blog prywatny, gdzie dana osoba pisze o swoim życiu. Blog tego typu to po prostu pamiętnik. Spowiedź, bardziej lub mniej szczera, danej osoby. Drugi równie dynamiczny, ale o niebo bardziej agresywny i zdeterminowany na cel do osiągnięcia to blog tematyczny, służący pozycjonowaniu. Blog tematyczny, narzędzie pozycjonera, jest systematycznie prowadzony, dodawane są do niego linki, prowadzące do macierzystej domeny. Im więcej posiada wpisów, tym lepiej. Im więcej słów kluczowych, tym korzystniej.

Oczywiście wyróżniamy ponadto blog, na którym zamieszcza się tylko zdjęcia, czy też blog, który przedstawia prace, na przykład plastyczne. Blog blogowi nierówny...

poniedziałek, 10 marca 2008

O tym, jak zrobić niedobrą korektę...


Przeraża mnie impertynencja niektórych korektorów. Mało optymistyczne jest także to, co robią osoby zlecające korektę przypadkowym osobom. W Internecie pojawiają się ogłoszenia, w których można wyczytać, że poszukiwaniu są korektorzy. Przeważnie zleceniodawca kryje się za nic niemówiącym pseudonimem, nickiem. Zdarza się, że od razu zastrzega mało formalną współpracę. I tu powinno się zapalić czerwone światło...Mi się zapaliło z dwóch przyczyn: dużej ilości zleceń, dziwnego toku rozmowy zleceniodawcy.

O co chodzi? Meritum jest takie - gro korekt przeprowadzanych jest przez przypadkowe osoby, które etykę i delikatność tej profesji uważają za zbędną stratę czasu. Nie myślą o niej, bo liczą się tylko zyski. Konsekwencja takiego podejścia jest nie najciekawsza...Wydaje się książki z dużą ilością błędów. Tłumaczenia, które potem są sprawdzane przez "korektora", są niejasne. Trzeba podkreślić - robią tak nieliczne wydawnictwa oraz te, które nie wiedzą, że ich pracownicy w trakcie pracy zamiast samemu siedzieć nad pracą, zlecają ją innym - przypadkowym osobom. Sami też często są niekompetentni, ale to już inna bajka. Po co to robią? Żeby sami mogli na tym zarobić. W wydawnictwach biorą na siebie dużo zleceń, bo często płacone mają za wykonaną pracę. Bywa, że liczą na szybki awans. Wiadomo jak działa łańcuch pośredników.

Zauważyłam, że korektor to niemal autor. Może zmienić w tekście wszystko. Nie musi tłumaczyć nawet swoich dość znaczących ingerencji w tekst. Nie musi wstawiać komentarzy dla swojego toku myślowego. Gdy książka jest tłumaczone, korektor bywa, że może wszystko....Autor i tak nie ma na to wpływu.

Korektę wykonuje się na ilość. Szybciej, mniej dokładniej, byle była. Niestety tak się dzieje. Zajmuję się korektą już od dłuższego czasu. Jednak sytuacja, jaka mnie spotkała nie nastraja optymistycznie. Osoba, zlecająca zadanie, zabrała Autorowi możliwość wglądu w pracę. Skąd to wiem? Zostałam uprzedzana, że "mam zmieniać, jak mi się podoba", bo tego nikt po mnie nie będzie sprawdzał...pójdzie do druku.

niedziela, 9 marca 2008

Kluczowa decyzja - wybór nazwy domeny

Domena to nazwa adresu internetowego, po wpisaniu którego trafiamy na wybraną stronę internetową.

Jak ważny jest wybór naszej domeny, przekonali się twórcy serwisu www.nasza-klasa.pl. Większość z nas po zalogowaniu się lub po dowiedzeniu o jej fenomenie, uznała, że to pierwsza i jedyna taka strona, że nie było wcześniej podobnej. Nic bardziej mylnego!

Pomysł przyszedł z Zachodu. Jednak nikt w Polsce przez dłuższy czas nie był w stanie stworzyć podobnej strony. Było to trudne, bo wydawało się niemożliwe powołanie do życia takiego kolosa, sprawienie, by na stronie zapanował tak duży ruch, jaki osiągnęła teraz nasza-klasa. Znawcy tematu byli septyczni. Uznali, że szkoda na to czasu. Jak bardzo się mylili można ocenić po zarobkach, jakie mają twórcy naszej-klasy. Ci, którzy nie wykorzystali pomysłu z zachodu rozmawiają na licznych forach internetowych, życząc naszej klasie szybkiej śmierci. Zapominają, jak liczono dni programowi gadu-gadu. Osoby liczące, krótko mówiąc, przeliczyły się. Sądzę, że podobnie będzie i w tym przypadku.

Przypomnijmy, serwis ma ponad 9 milionów użytkowników, którzy każdego dnia nawet po kilka razy logują się na stronie. Nic dziwnego, że samych twórców zaskoczył tak duży ruch na stronie, tak duża popularność!

Ich nieprzygotowanie na taką ilość odwiedzin - mogliśmy odczuć poprzez padające ciągle serwery, które były przeciążone. Wielu to nie przeszkadzało. Logowali się i cierpliwie znosili kilkakrotne zrywanie serwisu. I tutaj napotykamy na kolejną kwestię.

Dużym problemem jest serwer, skrypt oraz wiele innych czynników, które mają działać na taką skalę, jak np. nasza-klasa! Warto o nie zadbać, jednak nie przesadzajmy. Z historii działania naszej-klasy wiemy, że wszystko można naprawić po czasie. Gdy strona jest naprawdę dobra, obroni się sama. Internauci poczekają. Ich cierpliwość w takich sytuacjach zaskakuje nawet ich samych.

Jednak wróćmy do tematu. Kwestią kluczową jest dobra nazwa domena. Dobra to znaczy taka, które będzie się kojarzyć z tym, co Internauta może znaleźć na stronie. Taka, którą łatwo i szybko się zapamiętuje. Musi być też czytelna, nie może powodować błędów. Nie możemy się zastanawiać - jak to zapisać? Bo bardzo łatwo w takich wypadkach trafić na inną stronę, stronę konkurencji.

Przed naszą-klasą były strony - portal szkolnelata. Jednak wielu z nas miałoby problem, z powiedzeniem, co znajduje się na stronie o takiej nazwie. Jednak nasza-klasa oznacza jedno - NASZĄ klasę, czyli Patryka, Asię, Anię i Macieja. I wszystko jasne.

sobota, 1 marca 2008

Recepta na sukces?

Ostatnimi czasy zaczęli do mnie zgłaszać się klienci, którzy dzięki ogólnodostępnym tekstom w Internecie, nabrali przekonania, jak ma wyglądać tekst, który oni zgłaszają do napisania. Klienci mniejszych i większych firm poczytali to i owo i olśniło ich. To takie proste! Stworzyć tekst na stronę www? Błahostka! Jednak mimo tej prostoty, nie piszą sami. Zlecają zadanie copywriterowi...

Co mówią? Mianowicie ma być to opis, zawierający odpowiednie słowa, tak zwane magiczne słowa klucze, w żadnym wypadku nie powinny się w nim znaleźć wyrazy nieodpowiednie, które zmniejszają sprzedaż. Partykuła "nie", źle sformułowanie pytanie - może spowodować znaczny spadek notowań ze sprzedaży danego produktu. Co ja na to odpisuję?

Przede wszystkim śmieję się z naszego copywriterskiego życia. Osoby parające się reklamą mają miej lub więcej czasu, by sprzedawać swoją receptę na sukces. Inne branże raczej ją ukrywają - nasza opowiada o niej na prawo i lewo. Czy to możliwe? Kto byłby aż tak głupi, by pisać, jak zarobić w danym fachu? Kto chciałby uczyć własną konkurencję? No właśnie...W tym tkwi problem. Bo chyba nikt przy zdrowych zmysłach, dopóki zarabia na danym poletku, nie będzie pomagał innym. Zwłaszcza, że tymi osobami mogą być wszyscy. Nawet wrogowie, osoby nielubiane, nieakceptowane, których, delikatnie mówiąc, nie chcielibyśmy widzieć jako własnej konkurencji!! Nie trzeba chyba wspominać o zasięgu Internetu, który w sumie nie ma granic, dlatego nasz tekst - wskazówkę odnośnie tajnik zawodu może przeczytać każdy.

Tu zahaczamy o problem. Teksty, które można poczytać w sieci, na przykład pod tytułem "Jak zarabiać dzięki odpowiednim opisom?" "Poznaj tajemnicę tekstu, który sprzedaje twoje produkty" itd. pokazuję tylko mały wycinek prawdy. Dają złudzenie, że wszystko jest bardzo proste, że wystarczy poznać parę sztuczek...Tak jakbyśmy mieli do czynienia z osobami bezrozumnymi. Nie można powiedzieć tego o odbiorcach reklamy. Choć i w tym względzie pewnie nie każdy by się ze mną zgodził.

Jak reaguję na wysyłanie mi linków do artykułów - jak napisać skuteczny tekst na stronę www? Uśmiecham się pod nosem i grzecznie tłumaczę, na czym polega delikatność i wyjątkowość oraz niezmierne bogactwo naszego słownika.

niedziela, 24 lutego 2008

Błądzenie - rzecz copywritera

Zanim rozpoczniemy naszą przygodę z copywritingiem musimy uzmysłowić sobie jedną, bardzo podstawą rzecz. Mianowicie musimy zrozumieć, że każdy copywriter uczy się zawodu w praktyce.

Na niewiele zdadzą się góry przeczytanych porad, zasad, nawet najdroższych książek, gdy nie będziemy starali się działać. Wszystkie porady należy próbować wcielić w tekst. Nasze pomysły przelewać na papier, a potem sprawdzać skuteczność, czyli ilość odwiedzin na stronie, stopień sprzedaży. Nie bez znaczenia będzie odzew naszych czytelników, ich uwagi.

Gdy nasza oferta nie trafia do klienta, pozostaje nam ją modyfikować. Nie oszukujmy się i nie myślmy, że od razu, zawsze w pierwszej kolejności trafimy z naszym tekstem. Przeważnie jest tak, że nad daną ofertą musimy pracować, czasem naprawdę dużo. Kilka razy poprawiać, przeredagowywać, itd.

Na zakończenie, cytat, który jest dobrą puentą dla moich rozważań.

Ekspert, to człowiek, który popełnił wszystkie możliwe błędy w swojej dziedzinie" Niels Bohr

niedziela, 10 lutego 2008

Kilka cytatów do poczytania w wolnej chwili

Poniżej zamieszczam cytaty, które mają związek z przedstawianą tu tematyką. Mam nadzieję, że któryś z nich Was zainspiruje.

Pisanie nie oznacza myślenia; to przedrzeźnianie albo co najwyżej imitacja myśli. (Emil Cioran)

Pisanie-czytanie, przedstawianie-oglądanie jest jedynym sposobem uświadomienia sobie życia. (Sławomir Mrożek)

Krótkie pisanie bierze się z lenistwa czytelników. (Jacek Wejroch)

I cudzy analfabetyzm utrudnia pisanie. (Stanisław Jerzy Lec)



sobota, 9 lutego 2008

Problem odbiorcy "śmierdzących" reklam a copywriting

Jednym z podstawowych problemów współczesnego copywritingu jest fakt wyedukowania odbiorcy reklamy. Już nie jest tak, jak było jeszcze kilka lat temu, że wystarczyło działać na podstawie z góry ustalonych wytycznych. Znało się proste reguły, powielało pomysły. Dzisiaj odbiorca reklam jest mądrzejszy. O niebo częściej zna sposoby wpływania na własną świadomość, dość często intuicyjnie wie, kiedy i w jaki sposób jest oszukiwany. Nie wszystko do niego trafi.

Copywriter musi potrafić więcej. Powinien mieć świadomość zmienności polskich, ale i zagranicznych realiów. Styl a la Piotr Majewski z pewnością nie wchodzi w tym wypadku w grę. Nie można przeceniać magii nagłówków. Są one ważne, ale liczy się także coś więcej. Nie dajmy się zwariować i wmówić sobie, że istnieją reguły, które pozwolą nam zawładnąć czyjąś wolą, uczuciami, że mamy w rękach asa. Wystarczy go w odpowiedni sposób wyjąć, najlepiej konkretnym gestem i mamy w kieszeni...klienta, nie asa rzecz jasna.

Powtarzam - nie dajmy się zwariować. Dość komiczne jest także wykorzystywanie przez wielu pseudo copywriterów techniki NLP. W swoim karykaturalnym odbiciu może być ona naprawdę komiczna. Przezabawna, rozpoznawalna z kilometra a co za tym idzie ...nieskuteczna.

Przecenianie produktów (zbyt duże, rzecz jasna), rzucanie mega wielkimi obietnicami bez pokrycia - to tylko niektóre błędy. Nie sposób ich wybaczyć.

Wielu się na nie łapie. Blog ten powstał, całkiem serio, trochę niejako z konieczności otwarcia innym oczu na ten proceder.


Copywriter zawód dla każdego?

Niestety. Muszę zmartwić moich przyszłych i obecnych czytelników. Copywriting nie jest dla każdego. Z wielu przyczyn.

Jedną z podstawowych jest konieczność posiadania odpowiednich predyspozycji. By stać się copywriterem w prawdziwym tego słowa znaczeniu, trzeba po prostu znać wiele podstawowych i tych bardziej zaawansowanych "chwytów".

Jednak sama ich teoretyczna znajomość nie wystarczy. Trzeba także umieć wykorzystać ją w praktyce. Praktyka jednak nie działa na naszą korzyść, przede wszystkim dlatego, że nie sposób jej się w tym wypadku nauczyć.

Copywriter musi być wyczulony na wiele delikatnych kwestii, często musi działać na zasadzie intuicji. Jego praca to ciągła kreacja. Nic nie jest oparte na szablonie. Jeśli ktoś próbuje Cię do tego przekonać - myli się.