
Przeraża mnie impertynencja niektórych korektorów. Mało optymistyczne jest także to, co robią osoby zlecające korektę przypadkowym osobom. W Internecie pojawiają się ogłoszenia, w których można wyczytać, że poszukiwaniu są korektorzy. Przeważnie zleceniodawca kryje się za nic niemówiącym pseudonimem, nickiem. Zdarza się, że od razu zastrzega mało formalną współpracę. I tu powinno się zapalić czerwone światło...Mi się zapaliło z dwóch przyczyn: dużej ilości zleceń, dziwnego toku rozmowy zleceniodawcy.
O co chodzi? Meritum jest takie - gro korekt przeprowadzanych jest przez przypadkowe osoby, które etykę i delikatność tej profesji uważają za zbędną stratę czasu. Nie myślą o niej, bo liczą się tylko zyski. Konsekwencja takiego podejścia jest nie najciekawsza...Wydaje się książki z dużą ilością błędów. Tłumaczenia, które potem są sprawdzane przez "korektora", są niejasne. Trzeba podkreślić - robią tak nieliczne wydawnictwa oraz te, które nie wiedzą, że ich pracownicy w trakcie pracy zamiast samemu siedzieć nad pracą, zlecają ją innym - przypadkowym osobom. Sami też często są niekompetentni, ale to już inna bajka. Po co to robią? Żeby sami mogli na tym zarobić. W wydawnictwach biorą na siebie dużo zleceń, bo często płacone mają za wykonaną pracę. Bywa, że liczą na szybki awans. Wiadomo jak działa łańcuch pośredników.
Zauważyłam, że korektor to niemal autor. Może zmienić w tekście wszystko. Nie musi tłumaczyć nawet swoich dość znaczących ingerencji w tekst. Nie musi wstawiać komentarzy dla swojego toku myślowego. Gdy książka jest tłumaczone, korektor bywa, że może wszystko....Autor i tak nie ma na to wpływu.
Korektę wykonuje się na ilość. Szybciej, mniej dokładniej, byle była. Niestety tak się dzieje. Zajmuję się korektą już od dłuższego czasu. Jednak sytuacja, jaka mnie spotkała nie nastraja optymistycznie. Osoba, zlecająca zadanie, zabrała Autorowi możliwość wglądu w pracę. Skąd to wiem? Zostałam uprzedzana, że "mam zmieniać, jak mi się podoba", bo tego nikt po mnie nie będzie sprawdzał...pójdzie do druku.
O co chodzi? Meritum jest takie - gro korekt przeprowadzanych jest przez przypadkowe osoby, które etykę i delikatność tej profesji uważają za zbędną stratę czasu. Nie myślą o niej, bo liczą się tylko zyski. Konsekwencja takiego podejścia jest nie najciekawsza...Wydaje się książki z dużą ilością błędów. Tłumaczenia, które potem są sprawdzane przez "korektora", są niejasne. Trzeba podkreślić - robią tak nieliczne wydawnictwa oraz te, które nie wiedzą, że ich pracownicy w trakcie pracy zamiast samemu siedzieć nad pracą, zlecają ją innym - przypadkowym osobom. Sami też często są niekompetentni, ale to już inna bajka. Po co to robią? Żeby sami mogli na tym zarobić. W wydawnictwach biorą na siebie dużo zleceń, bo często płacone mają za wykonaną pracę. Bywa, że liczą na szybki awans. Wiadomo jak działa łańcuch pośredników.
Zauważyłam, że korektor to niemal autor. Może zmienić w tekście wszystko. Nie musi tłumaczyć nawet swoich dość znaczących ingerencji w tekst. Nie musi wstawiać komentarzy dla swojego toku myślowego. Gdy książka jest tłumaczone, korektor bywa, że może wszystko....Autor i tak nie ma na to wpływu.
Korektę wykonuje się na ilość. Szybciej, mniej dokładniej, byle była. Niestety tak się dzieje. Zajmuję się korektą już od dłuższego czasu. Jednak sytuacja, jaka mnie spotkała nie nastraja optymistycznie. Osoba, zlecająca zadanie, zabrała Autorowi możliwość wglądu w pracę. Skąd to wiem? Zostałam uprzedzana, że "mam zmieniać, jak mi się podoba", bo tego nikt po mnie nie będzie sprawdzał...pójdzie do druku.